|
wtorek, 13 września 2011
Czarownice? To nie tak jak myślisz.
Ostatnio z uczelnianego przymusu, lekko okraszonego przyjemnością musiała usiąść przy biurku i nie spoglądając na leżące na łóżku lekkie powieści, wziąć się za książki stworzone, aby informować, czasami nawet uczyć. Chociaż temat wydawał się całkiem interesujący – magia, co w tym nudnego – to zastanawianie się nad fantomicznymi dłońmi lub świecącymi ponad ramieniem świetlnymi kulkami, może po jakimś czasie stać się nużące. Nie spodziewała się także, że już nigdy nie spojrzy tak samo na tak popularne dzisiaj powieści o czarownicach, inkwizytorach lub magach. Bo zdenerwowanie zakłamaniem historii zajmie miejsce fascynacji diabelskimi sztuczkami, czy krwawymi rytuałami. Autor owszem, może pisać co zechce, ale jeżeli bazuje na średniowiecznych zakłamaniach, z którymi od stu lat walczą nie tylko mądre głowy, ale nawet (!) kościelni szefowie to coś t jest nie tak, ktoś powinien pododawać przypisy, lub dużymi literami oznajmić, że autor jest historycznym ignorantem. Zaczęło się od słynnego w kręgu bibliofilów Inkwizytora, którego autor już n pierwszych dwóch stronach powielił schemat dominikańskich mnichów, którym Papa w XV wieku nakazał wyłapać współpracowniczki szatana. Szkoda, że w większości były to zwykłe kobiety, które w jakiś sposób przeszkadzały któremuś z mieszkańców swoich wsi, lub miast. Psychoza była tak wielka, że w którymś momencie sądy nienadążały nad rozpatrzeniem wniosków o pomówienie. Mieszkańcy reagowali słysząc choćby złośliwe, lub żartobliwe wspomnienie o czarownictwie pod swoim adresem. Z tego jednak zdaje sobie sprawę większość osób, co innego gdy chodzi o klasyfikację samych czarów i powiązywanie ich z kultem szatana.
Wyobraźmy sobie średniowieczną Europę, która od swoich korzeni związana była z pogaństwem – kultem czy to antropomorfizowanych żywiołów czy po prostu natury. Gdy chrześcijaństwo narzuciło monoteizm, często prawie niczego nie tłumacząc lud nie odrzucił dawnych wierzeń a po prostu je zasymilował z nową religią, lub pozostawał wierny dawnym obrządkom najpierw jawnie, później w ukryciu. Dla przykładu - zaczęły powstawać świątynie pod wezwaniem Maryji – którą odbierano jako nową boginie matkę. Wszystkie ludowe zmory, upiory już nie były złośliwymi duszkami a po prostu pochodziły od diabła i w razie kontaktu z nimi należało odprawić egzorcyzm. Władzom kościelnym nie podobały się czy to jedne czy drugie praktyki dlatego uznały, że należy z nimi walczyć. Czy jednak znane i kojarzone z kultem szatana orgie, szabaty, składanie w ofierze dzieci czy nawet latanie na miotle miały z nim jakikolwiek związek? Magia od swych korzeni nie była kojarzona z szatanem, (chociaż oczywiście wśród jej adeptów bywały małe grupy lucyferianów ) a z naturę – jej kultem i wykorzystaniem. Dzisiaj wyobrażamy sobie czarownice jako brzydkie, bezpłciowe stworzenia z purchawkami na nosach i nieprzyjemnym charakterem. Tak naprawdę te kobiety a często również mężczyźni za największe zadanie stawiały bycie w harmonii ze światem i ludźmi. Sabaty nie były, jak zgodnie twierdzili średniowieczni uczeni w habitach, miejscami mordów i czczenia szatana a… spotkaniem przyjaciół. Dowodzi temu samo pochodzenie słowa sabat (figlować, dokazywać). Uczestnicy więc tańczyli wokoło ogniska, nie stronili od alkoholu co nie przeszkadzało w wymianie wiedzy, zaklęć. Zwróćmy uwagę, że w wiekach średnich taniec, śmiech i pijaństwo były uważane za grzeszne a więc kojarzone ze złym. Zielarki, uznane za diabelskie przyjaciółki stanowiły często jedyną pomoc lekarską w pozbawionych lekarzy wsiach. Ich wiara nie opierała się na diable, a najczęściej na kulcie bogini Diany. Nie dochodziło do rytualnych mordów, kąpieli w krwi niemowlaków itp. Wytworów wyobraźni kleru, który działając na emocjach chciał zrazić i przede wszystkim przestraszyć swoich nowych wiernych.
Tak więc, gdy dziewczyna doszła do drugiej strony Inkwizytora, na której znalazła czarownice przyznającą się do krwawych ofiar i orgii ku czci diabła, a na dodatek nazwano to normą – zwątpiła i na znak protestu odłożył książkę zdecydowanym ruchem wyrażającym niesmak.
czwartek, 08 września 2011
Eksterioryzacja, oszustwo czy (jeszcze) niepoznane zdolności ludzkiego umysłu?
Eksterioryzacja, to szerokie pojęcie, które nie jest wytworem New Age'owskiej fascynacji wyższymi stanami świadomości a jedynie kontynuacją o wiele starszych badań parapsychologii, później psychotroniki. Dzisiaj już nikt nie pamięta o tradycyjnej nazwie, która pod wpływem ruchów okultystycznych i powieści s-f została zmieniona na termin OOB (out of body experience). Polscy i światowi psychotronicy zaznaczają, że nazwa ta spłyca i zawęża zjawisko, które pozostaje jedną z największych tajemnic ludzkiego umysłu.
Czym więc dokładnie jest eksterioryzacja?
Jest to stan, w którym następuje migracja świadomości poza obręb organizmu zewnętrznego. Migracja ta może zachodzić spontanicznie lub celowo, względnie może być wywołana różnymi przyczynami. Istnieją różne rodzaje eksterioryzacji min: ekskursja (obserwacja ciała fizycznego z innego punktu obserwacyjnego niż przed eksterioryzacją, przy równoczesnym przemieszczaniu się do innych miejsc), bilokacja (wydzielanie sobowtóra, identycznego z ciałem fizycznym, mniej lub bardziej zmaterializowany, wykazuje autonomie fizyczną i intelektualną, czasami daje się fotografować).
A co ma do tego Katie King?
Dzisiaj spirytyzm kojarzony jest przez nas z nieco komicznymi seansami na których wirują stoliki i latają krzesła. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w XIX i XX wieku (aż do II wojny światowej) wybitni ludzie nauki brali czynny udział w badaniach nad eksterioryzacją co spowodowało, że świat nauki musiał zastanowić się i przyznać głośno realność tego fenomenu. Jednym z pierwszych takich osób był William Crooks, który zadeklarował:
"Nie mówię, że fenomeny te są możliwe, mówię, że są one rzeczywiste"
Słowa te, wypowiedział min po badaniach nad fenomenem angielskiego medium Florencji Cook.

Miała ona zaledwie 16 lat gdy wykazała zdolności parapsychiczne i od razu wzbudziła zainteresowanie Towarzystwa Dialektycznego, które wysłało Williama Crooksa, aby zbadał jej wiarygodność. Seanse odbywały się w domu rodzinnym medium i zawsze rządziły nimi pewne zasady:
Po pierwsze, pomieszczenie, w którym znajdowali się zarówno uczestnicy jak i Florencja Cook musiało być zaciemnione, zamknięte na klucz i dokładnie przeszukane.
Po drugie, medium od uczestników odzielała zasłona, której nie można było usunąć w trakcie trwania seansu. W szczególnych przypadkach jeden z uczestników mógł za nią wejść.
Po trzecie, w seansie brało udział mała ilość uczestników, która została wcześniej specjalnie wybrana przez pannę Cook.
Młode medium było tak cenne dla ówczesnych parapsychologów, ponieważ jako jedna z nielicznych posiadała dar bilokacji a jej fantom wykzywał się autonomią nie tylko fizyczną, ale i intelektualną. Była nim (jak sama się przedstawiała) Katie King, która przez trzy lata zaraz po zaśnięciu swojego medium wychodziła zza zasłony i zabawiała uczestników rozmowami.
Ok, pewnie znaczna część z was zastanawia się teraz, jak można było nie wykryć oszustwa. Ludzie tamtych czasów również się nad tym zastanawiali dlatego przeprowadzono masę eksperymentów mający rozwiać wątpliwości. Florencja za każdym razem była przywiązywana do krzesła na którym siedziała, czasami drutami, które podłączone były do prądu o małym napięciu - rejestrowano dzięki temu nawet najmniejszą zmianę jej pozycji. Dzięki temu odrzucono możliwość oszustwa na tym polu. Dziewczyna nie poruszała się, a więc tym bardziej nie mogła wstać, przebrać się a tym bardziej spacerować swobodnie po pokoju. Innym razem namówiono Katie do zanurzenia rąk w substancji chemicznej, która na długi czas farbowała dłonie. Po seansie sprawdzono ręce Florencji, które okazały się czyste. Katie wykazała się pewnymi zdolnościami - umiała w jednej chwili zniknąć, jej "ciało" rozpuszczało się pod wpływem mocnego światła, chociaż uczestnicy dowodzili, że w dotyku wydaje się być całkowicie materialne i "ludzkie". Gdy zażyłość Katie i Crooksa była dostatecznie silna seanse przeniesiono do jego laboratorium - co pokazało sceptykom, że fenomeny eksterioryzacji nie zależą od miejsca, w którym odbywa się seans. Doszła tam do znamiennego wydarzenia w dziejach badań nad sobowtórami - Katie King, została sfotografowana i to w obecności naukowca.

Na tym etapie Crook's mógł już wchodzić "za zasłonę" co dało mu możliwość zobaczenia równocześnie Katie i Florencji (która była wtedy w głębokim transie) . Zebrał on ogromną dokumentacje świadczącą o prawdziwości wydarzeń, a obecności informacji w mediach spowodowała ciągłą dyskusje między sceptykami a Crooksem. Po trzech latach, Katie ogłosiła, że musi odejść na, jak to nazwała, wyższy poziom zaświatów i nigdy więcej już się nie pojawiła.
Co o tym wszystkim myśleć?
Mamy XXI wiek i dziwnym trafem fenomeny spirytystyczne prawie ustały. Ciekawe jest to, jak dzisiaj wyglądałyby badania, a może czy w ogóle byłyby potrzebne. Florencja nigdy nie przyznała się do mistyfikacji, co nie zmienia faktu, że mimo wszystko mogło do niej dojść. Ludzie w tamtych czasach walczyli z poczuciem beznadziei ludzkiego, ziemskiego życia a takie wydarzenia rozpalały nadzieje, że śmierć to nie to samo co nicość. A nauka? Wydaje, się że była rozwinięta dostatecznie dobrze by dochodziło do skutecznych mistyfikacji, jednak za mało by je zdemaskowano. Trudno powiedzieć czy bilokacja może być zjawiskiem rzeczywistym. Dorobek światowych psychotroników jest dzisiaj niczym. Udowodniono fałszerstwa badań na zjawiskami parapsychicznymi min w byłym ZSSR będącym jednym z głównych ośrodków a o do innych można mieć ogromne wątpliwości. Czy warto więc ulegać modom kulturalnym w zakresie duchowości, religii? Każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.
czwartek, 06 stycznia 2011
Nie.
Wszyscy robią wielkie, a nawet może potężne, podsumowania! Co im się udało, a o czym lepiej nie myśleć. Co by w tym roku zmienili, a co powinno pozostać w jak najlepszym porządku. A ty już się skusiłeś? Zapisałeś w swoim małym notatniczku co i jak w tym 2010? Nie. No tak, w twoim przypadku chyba lepiej tego nie robić.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Niemoc
Siedział ze spuszczoną głową przy stole, nerwowo miętoląc palcami rąk. Zaczynał nie rozumieć świata. Wiedział, ze to normalne, w końcu mamy koniec grudnia. Jak zawsze Nowy Rok budził w nim ogromną niechęć. Czuł się opuszczony, nikomu nie potrzebny. Chciał aby upragniony urlop się już zakończył, tęsknił za wirem pracy, który daje mu poczucie spełnienia. Ludzie są tacy prości, nie robią nic bezinteresownie. Zawsze jest niezbędny gdy trzeba coś zrobić, komuś pomóc czy coś podpowiedzieć. Głody, paście się!(...) Z powojów chłońcie wesoło jady trujące! Teraz w czasie bezinteresowaności świątecznej telefon milczy a do drzwi nikt nie puka. Nie raz zastanawiał się czy aby na pewno jest z nim wszystko w porządku. W końcu nie pierwszy raz zastaje go taka sytuacja. Zmieniał środowiska i nigdy jeszcze nie wspominał żadnego bez goryczy. No, ale przecież nigdy nie było w tym jego winy. To świat zawodzi. Zadaniem tej ziemskiej planety jest tłamszenie jednostek innych. Co więc z miłością? - zawołał nalewając Absynt do wysokiej szklanki - Czemu i ty mnie zawodzisz? Kobieta powinna być przyszywana do boku mężczyzny bezboleśnie. Poruszył się nerwowo na krześle, świadomy genialności wypowiedzianych słów. Wiedział jednak, że takie jak ten - rytuały rozpaczy nic nie zmienią. Nadal będzie przychodził i obserwował Olśniewającą Boginię Latających Foteli, a ona nadal będzie brała go za Miłośnika Malarskich Płócien. Przejdzie kolejny rok i spotkają się znowu z Zieloną wróżką jeszcze bardziej zniechęceni i puści. Jam Cesarstwo u schyłku wielkiego konania! - zawołał kładąc głowę na blacie kuchennego stołu.
sobota, 18 grudnia 2010
Chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć
Ma w sobie ogromne pragnienie. Chce przekazać światu to wszystko co rozdziera jej wnętrze. To niezrozumienie beznadziei świata, to jak stoczył się na sama dół bezkresnej otchłani. Może to Syzyf upuścił głaz i co najgorsze to ziemia była obiektem jego odwiecznych męk?
Patrzyła wczoraj przez okno – skamieniała, lecz do granic przejęta. Patrzyła na człowieka idącego w rytm rzucanych w jego stronę kamieni. Milczącego mimo dźwięczących w jego uszach obelg. Patrzącego przed siebie mimo zamykającej się drogi ucieczki. Czemu po tylu latach, tak samo idziesz, nie mówiąc nic? Dlaczego nadal miłość przezwycięża, gniew? Nieskalany baranek na rzeź prowadzony. Krzyczeli zdzierając gardła. A on szedł i nie szepnął słowa. Jeden z młodzieńców trzymał w ręku zielony klosz, tak samo styrany życiem jak atakowany nieszczęśnik. Wymachiwał i krzyczał w kółko te same słowa „chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć, chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć, chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć!” Jak duszne były wtedy ulice! Nienawiść płynęła strumieniami, mocząc nogi przechodniów. A oni dalej szli, trzymając w rękach nie widzialne białe laski. Nie wołali jak wtenczas, gdy szedłeś po raz pierwszy. Nie płakali i nie współczuli. To już nie ten sam świat.

Doczytując jeden z tomów Paula Verlaina wprowadzający ją w nastrój iście dekadencki, postanowiła zmierzyć się z nieuchronną rzeczywistością Morfeusza. Piętnaście minut wcześniej zażyła, bez popicia, jak to miała w zwyczaju, cztery tabletki małych różowych tabletek, a więc nawet jeżeli zdołałaby jakimś cudem odczytać drobne litery koleinach wersetów, jej mózg z pewnością nie zdołałby przetworzyć ich w spójną całość.
Wielki, czarny sen, rzuca na mnie cienie.
Cisnęła małą brązową książeczką, gdzieś w róg pokoju i przeczołgała się na kolanach do sypialni.
Świat gdzieś znika ten, O zaśnij, pragnienie!
Zamknęła drzwi z lekkim z poczuciem narastającego strachu. Wiedziała co zaraz nastąpi i dlatego z niepewnością przeciągnęła ciężkie granatowe zasłony. Je wielkie dębowe łóżko zasłane było wiśniową pościelą z Kory.
Szorstkie łóżko, szorstkie sny.
Wsunęła się pod ciężką kołdrę, przysuwając jej kant pod samą brodę. Przewróciła się zgodnie z dziecięcym przyzwyczajeniem na lewy bok, mamrocząc słowa modlitwy.
Ojcze Nasz który jesteś!
Mrugnęła powoli opuszczając powieki, po czym już ostatecznie oddała się w ręce Morfeusza. Czarna plama momentalnie zamieniła się w świat Isabel (choć bardziej psaowała by apokaliptyczna Isobel) Styler-Tas. Jej oczy zdawały się drążyć każdą myśl Kate. Dziewczyna stała wpatrzona w gruby, zakrzywiony nos. Za każdym razem gdy starała się wyjść z niewygodnego położenia, ciężki niczym ołów uśmiech zstępował na pomarszczoną twarz. Stara nic nie mówiła, ale na pewno wiedziała, jaki w tym wszystkim jest sens. Chroniła terytorium niczym konflikt tragiczny - Teby w historii Edypa. Kathrin przywiązana niczym metalowymi więzami do pustynnego podłoża wiedziała, czego robić już dłużej nie może. Skoro to wszystko to tylko, jak się domyślała, skrzętna psychomanipulacja to jedynym ratunkiem jest brak myślenia. Trudno jednak zmusić się do tego gdy krople nerwowego potu spływają ci po czole. Bo wiesz, że jest to świat w którym króluje śmierć. I wiesz, że choć powinien, nie jest to sen. Trudno jest się skupić gdy czuwa nad tobą karykaturalna maszkara ze śmiercią w ręku. Jak na zawołanie Stara poprawiła czarny, pluszowy kapelusz i wygładziła Chanelowską garsonkę. Wbrew pozorom w wielkich domach mody nie ubierają się same ślicznotki. Kto by jendak powiedział że zdarzają się też wariatki. Otworzyła usta, z których popłynęły dźwięki tak wysokie, że ziemia pod nogami trzęsła się niczym pękająca od huku szklanka. Chory na śmierć a zjadłby ze ćwierć. Powtarzała potrząsając trzymaną w ręku buteleczkę Strychniny.
czwartek, 16 grudnia 2010
Trwaj tylko w słońcu, bo nic pięknego nie rośnie w ciemności.
Po jakże długim dniu, z ulgą otworzyła drzwi do maleńkiego domku przy ulicy Fêtes de la faim. Od progu słychać było tupot maleńkich stópek biegnących w nieznanym kierunku. Uśmiechnęła się myśląc, że już nie długo te cieplutkie ciałka przytulą się do niej przenosząc niesamowitą energie - miłość. Nie zdążyła rozebrać się całkiem, z długiego brązowego płaszcza, gdy w samej rzeczy dwie drobne blondyneczki uścisnęły Kathrine w pasie. Fina zrobiła jabłecznik! Patrz co narysowałyśmy! A prawda, że ulepisz z nami jeszcze dzisiaj plastelinowego tyranozaura? Ciociuuuu! Jak co dzień, dziewczynki bombardowały ją relacją z prawie każdej spędzonej z opiekunką minuty. Na ich identycznych różowych buziach ani na sekundę nie ginął uśmiech. Pokazały ogromną szparę po zgubionych nie dawno ząbkach, jakby manifestując swoją niewinność. Nawet człowiek pozbawiony jakichkolwiek uczuć, musi przyznać, że nie ma na świecie bardziej rozkosznych stworzeń niż dzieci. W połączeniu z zapachem pieczonych jabłek oraz obowiązkowej herbaty z cytryną i miodem pomyślałbyś, że jesteś w niebie. Tak właśnie czuła się Kathrina chociaż na moment zapomniawszy o mrożącym krew w żyłach śnie. Każdy piątek starała się wykorzystać co do ostatniej minuty. Kładła się spać dopiero nad ranem, na szczęście w tej okolicy nie było śpiewających od świtu ptaków. Nigdy nie spodziewała się że można z takim strachem wchodzić do łóżka i z tak ogromnym drżeniem podciągać pod brodę kołdrę. Na szafce nocnej zawsze przygotowywała szklankę wdy i opakowanie Hydroxyzyny. Żeby zdobyć receptę zapisała się nawet do ortopedy - w końcu niedający spać, nieokreślony ból pleców to najlepsza wymówka. Lekarz pokręcił chwile nosem, jakby węszył za jakimś podstępem. Wychodząc jednak, trzymała w ręku receptę. Dr Wirbel przykazał jej stosowanie małych białych tabletek tylko w extremalnych przypadkach na co przytaknęła grzecznie i wyszła z pokorną miną. Nie wiedzieć czemu z tygodnia na tydzień w fiolce zostawało ich coraz mniej, choć wg ulotki powinno jej starczyć na co najmniej rok. Gdy myślała o tych mrocznych wydarzeniach dochodziła do wniosku, że bezpowrotnie straciła część siebie. Nic nie będzie jej w stanie oddać tych bezcennych godzin, które spędziła w tym cholernym letargu. Choć w życiu Kathriny wiele było takich chwil nie potrafiła ich odnieść do tego co działo się teraz. Płacz dziewczynek nad grobem ojca to zupełnie inna galaktyka. Teraz ta cała machina zła koncentruje się na niej i nie jest w stanie wytłumaczyć celu z jakim dotknęła właśnie jej życia. Lill i Joe zaprowadziły ciocię do kuchni, odsunęły niczym królowej krzesło i ruchem rąk pokazały, że to dla niej przygotowały najlepszą zastawę. Trwaj tylko w słońcu, bo nic pięknego nie rośnie w ciemności- pomyślała z uśmiechem zabierając się do aromatycznego jabłecznika.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Four Armchairs in the Sky

Siedziała pochylona na drewnianym, niestabilnym taborecie, wpatrując się hipnotyzującym wzrokiem w Four Armchair in the Sky. Szeroko rozchylone, czerwone niczym red carpet usta wyrażały niemy zachwyt dziełem mistrza. Przykładając lupę do barwnych oparć falujących w powietrzu foteli żałowała, że jest to tylko reprodukcja niejakiego Marlowa Conrada. Kto by powiedział, że aż takie tłumy zwalą się aby oglądnąć dość marnie skopiowane malowidło. Zdecydowanym ruchem wstała z chwiejnego stołka i podniosła leżącą na podłodze ściereczkę. Do jej obowiązków nie należało w prawdzie nic innego oprócz siedzenia w rogu sali, ale że szanowała każde spłodzone ręką artysty dzieło, przecierała od czasu do czasu, mahoniowe ramy obrazów. Praca muzealnych obserwatorów nie należała do najciekawszych, jednak pozwalała jej oddychać powietrzem artysty. Obserwowała zapatrzone w płótna twarze i wyobrażała sobie jak dzwoni do Dalego i relacjonuje ich śmieszne, wariacko zafascynowane miny. Oczywiście sam autor zdziwiłby się nieco, zwłaszcza, że jego dzieła wiszą w Meksyku, USA a nawet na Antarktydzie ale nie na jakiejś pipidówce zwanej potocznie Clarens. Zdecydowanie doceniłby jednak zaangażowanie z jakim Katharina opowiadała. Wybiła dziewiąta i jak zwykle w każdej z sal zabrzmiał charakterystyczny szczęk upadających na krzesła pośladków. Zaraz po nich do sal zaczęły wtaczać się grupy spragnionych sztuki osób. Wśród nich był niejaki Arthur Verlaine miłośnik sztuki tzw wyższej. Kochał wyrzeźbione boską ręką piersi, włosy i pośladki Kathariny, dlatego każdą środę spędzał stojąc w rogu sali Twórczości Salvadora D. - 1949. Czy ona go w ogóle zauważała - tego pewien nie był. Zależało mu na tym aby się do niej zbliżyć, ale dystans zawsze pozostawał ten sam. W stosunkach do kobiet nie można być nachalnym. Trzeba czekać, aż damie upadnie na ziemie moneta, aby zabłysnąć dżentelmeńską pomocą. Artur zajął swoje stałe miejsce, gdzieś po środku wschodniej ze ścian tak by nikt nie mógł mu zasłonić słodkiej Kate. Wyciągnął swój srebrny zegarek i obracając go między palcami rozpoczął swój kilkugodzinny maraton obserwatorski. Pomimo tego że nad wejściem do Galerii dumnie prężył się napis proszących odwiedzających o ciszę i tak panował wszędzie szum niekończącej się ekscytacji. Gdzieś pomiędzy tym młoda pracowniczka zastanawiała się czy tylko ona jest tu, tak na prawdę z innego powodu niż sztuka. Dostrzegła mężczyznę w eleganckiej koszuli i niechlujnych, przedartych jeansach. Największy wielbicieli Dalego na świecie - pomyślała. Tyle już dni przychodzi, w każdą środę i przez dobre kilka godzin nieruchomo wpatruje się w ten sam obraz. A więc ludzie mogą żyć, tak po prostu jak chcą. Poświęcając się pasjom a nie powinnościami do jakich predestynuje ich los. Fakt, faktem jej pasja łączy się z pracą, ale co jeżeli któregoś dnia dostanie wiadomość i będzie musiała się znaleźć gdzie indziej? W końcu nie należę do tego świata - stwierdziła wpatrując się w potężną kobietę, wycierającą ubrudzoną czekoladą twarz wyrywającego się kilkuletniego chłopca.
niedziela, 12 grudnia 2010
Co myśli Mary Sigall?
Jeżeli ktoś, jakimś cudem trafi na tego o to bloga zapewne zastanowi się chwilę nad tym kim jest Maria Sigall i czy ma jakikolwiek związek ze Stevenem (tak tym z kucykiem). Na szczęście nic ich ze sobą nie łączy a nawet ich nazwiska pisze się inaczej - Seagal a nie Sigall. Nie jest to mój pierwsze internetowe pisadełko i założę się że nie ostatnie. Zawsze mam jednak dylemat co wpisać w te śmieszne (choć tak bardzo potrzebne) rubryczki. Przeszukuję więc pół zasobów jakże przejrzystej sieci internetowej aż w końcu trafiam na galerię obrazów niejakiego Salvadora D. Patrząc na jego grzeczniutkie obrazy z czasów młodości zastanawiam się co on ,do jasnej anielki brał, że przerzucił się na surrealistyczne bazgrołki. Przedzieram się przez płonące żyrafy i latające fotele, aż w końcu z monitora dopada mnie wzrok mademoiselle Sigall.

Jej wzrok wyraża to czego nie chciałaby zboczyć żadna kobieta w oczach innej. Jej usta wykrzywiają się w grymasie tłumionego śmiechu. Ona zaraz wybuchnie, a kropelki jej śliny spoczną powolutku na mojej zrozpaczonej (a jakże!) twarzy. OK, ale czemu? Przecież ja oddycham, jem a nawet czasami śpię a ty kochana siedzisz zamknięta na jakimś obrazie! Chyba to ja powinnam Cię wyśmiać, bo jaka normalna osoba daje się namalować w płatkach kwiatów, przypominających krowie ozorki.
Tak o to Maria Sigall stała się bohaterką tytułu mojego bloga. Witam i życzę miłego czytania!
|